poniedziałek, 21 lipca 2008

#7

Przeczytałem w internecie ostatnio coś niewyobrażalnie koszmarnego. Serwis prasowy w Wielkiej Brytanii opublikował na swojej stronie internetowej wiadomość o tym, że czterolatek zmarł w samochodzie w dniu ślubu swojej matki. Kobieta pozostawiła syna przez przypadek w samochodzie, w którym przy trzydziestostopniowych upałach panowała temperatura sięgająca sześćdziesięciu stopni Celsjusza. Chłopiec miał spędzić w rozgrzanym samochodzie trzy godziny, bo tyle czasu zajęło matce robienie sobie pazurków w salonie piękności. Kobieta myślała, że synek został u krewnych.
Co gorsza, to już osiemnasty przypadek podobnej śmierci dziecka w Wielkiej Brytanii. Kto by pomyślał, że panują tam takie upały. Ale teraz świat jest skonstruowany inaczej, wszystko się zmieniło. Ci najgorliwsi oczekują apokalipsy.
Trudno im się dziwić, wystarczy przypomnieć historię Legionowa i osiemdziesięciolatki, która zdecydowała się wystąpić w kalendarzu z rozbieranymi zdjęciami. Fotografie bardzo jej się podobały i sama stwierdziła, że to była fantastyczna zabawa. Wcale nie żartuję. Przypomina mi się także inna historia.
Ogólnie, mam wrażenie, że mógłbym, tak jak Andrea Blizna prowadzić alternatywny dziennik telewizyjny, "Okropności Dnia". Historie, którą opowiedziałem, i którą za chwilę ci opowiem, nadawałyby się do tego programu. Ludzie uwielbiają takie rzeczy, zawsze zastanawiała mnie też fascynacja mieszana z obrzydzeniem przy oglądaniu genetycznie zdeformowanych ludzi. Ja zaś szczególnie lubię poezję turpistyczną, gdyż jak mówił poeta, brzydota jest bliżej krwiobiegu. Myślę, że Friducza, meksykańska malarka zgodziłaby się z tą tezą.
Swoją drogą, pracuję teraz na ochocie w tym biurze i często przechodzę tunelem podziemnym, w którym kiedyś miał się mieścić nazistowski obóz koncentracyjny dla Polaków, "KL Warschau". gdy tamtędy przechodzę i palę papierosa, krzyże wymalowane na ścianach i świadomość wielu ofiar w połączeniu z tytoniem sprawia, że robi mi się niedobrze.
Ale nie o tym chciałem mówić.
Przypomniał mi się też film z lat osiemdziesiątych, hiszpańskiego reżysera, którego nazwiska nie pamiętam. Jedna ze scen poświęcona jest motocykliście, który przejechał na motocyklu martwy dziewięćdziesiąt kilometrów autostrady. W śmieszny sposób wypowiedziałem słowo "dziewięćdziesiąt", ale to dlatego, że często śmieję się ze sprzedawczyni w sklepie, który długo istniał kilkanaście metrów od mojego bloku w Legionowie. Został w pewnym momencie zamknięty, na jego miejscu miał powstać nowy blok, ale nie doszło to do skutku, wiadomo, z powodu tej smutnej katastrofy.
Ta pani w komiczny sposób zawsze komentowała to, co znalazła w koszyku klienta. Nie robiła tego tak jak myślisz, nie nie, nie było to złośliwe. Mówiła: "Co my tu mamy, tutaj taka jogobelka, złoty dwadziŚĆcia, chlebek, złoty dziewięĆ-DZIEsiąt, masełko, trzy dwadzieŚĆcia, czekoladka, batonik, pomidorki, już ważymy...". Mój brat dodawał wtedy: "prezerwatywki, mhm, ... , wódeczka, proszę bardzo...".
Ale o czym to ja mówiłem? Nie ważne. Chodźmy na spacer. Ładna pogoda, Bałtyk zimny.

2 komentarze:

pedrito pisze...

;D

Anonimowy pisze...

choĆmy.