W każdym razie są wakacje, więc odpoczywam, potrzebuję dużo energii, żeby od października znów stać przy sali 054 w zacnym gmachu warszawskiej germanistyki. Tak tak, ale może o tym kiedy indziej, bo czytałem w zeszłotygodniowej publikacji (teraz pracując w biurze mam na to masę czasu między jednym telefonem do niemiec a drugim), że stres mija dopiero po tygodniu urlopu. Biorąc pod uwagę stres związany z moim germanistycznym zajęciem, daję sobie więcej czasu, bo od sesji nie minął nawet miesiąc. Właściwie co to za urlop, skoro już pracuję w drugim miejscu i czuję się jak ta laska przy ksero w pewnym teledysku i śpiewam "I can't wait for the weekend to begin". Taki los osoby w moim położeniu fizyczno-mentalnym niestety.
Tak czy owak staram się dobrze odpocząć, więc bywam na imprezach, takich jak ostatnio. Jak zmierzałem tam, słuchałem wyśmienitego utworu pewnego holenderskiego kompozytora, odkrytego 200 lat temu i wystawianego bardzo często, od lat osiemdziesiątych ubiegłego roku także w Polsce. Mniej więcej w tym samym czasie w krakowskiej filharmonii zmarła młoda śpiewaczka, akurat gdy wykonywała arię jego autorstwa. Bardzo smutna historia, wyobraź sobie, umrzeć na scenie. Ktoś bez serca, lecz wrażliwy na piękną muzykę mógłby powiedzieć: piękna śmierć.
Gdy odsłuchałem już ten trzydziestominutowy popis holenderskiej wirtuozerii, wszedłem do zadymionego pomieszczenia, zostawiłem telefon i inne wartościowe rzeczy w szatni, po czym zalałem, krótko rzecz ujmując, pałę.
Byłem wcześniej u Mrusi, która pracuje jako bileter w kinie słynnym z puszczania niskobudżetowych, za to ambitnych filmów. Namówiła mnie ona na obejrzenie bardzo wstrząsającego filmu dokumentalnego o wylewającej rzece w chinach, która zatopiła chatkę (słowo Ci daję, chatkę) rodziców dziewczyny, która pracując na statku, który pływa po wodzie, która zatapia jej dom, który jest naprawdę CHATKĄ, powoli staje się wielką damą, kupuje nowe ubrania, nakłada staranny makijaż i stopniowo dystansuje się od jej ubogich i prostolinijnych rodziców, którzy muszą teraz płacić za warzywa, które sami hodowali przy swojej chatce, którą zatapia rzeka, po której płynie statek, w którym pracuje ich córka. Naprawdę wstrząsające. Jednak humor poprawił mi nie tylko alkohol.
O, lubię ten utwór, kojarzy mi się z wymianą polsko-niemiecką, gdy to pewnego razu na kręglach rozmawiałem z naszymi niemieckimi partnerami, a na ekranie leciał jej teledysk przeplatany fragmentami filmu, który promowany był przez tę piosenkę. Był to film animowany. Taki o rybach, nie pierwszy z resztą o takiej tematyce.
Ale coś czuję, że odbiegłem od tematu, tak, że nie mogę go sobie przypomnieć. właśnie, dobrze mówisz. mówiłem o poprawie na stroju, a mam na myśli fakt, że nie był to tylko alkohol, ale wyznanie. Na imprezie był znany czytelnikom darmowej prasy o najnowszych eventach czy programu śniadaniowego, którego już nie prowadzi Kinga Rusin. No tak, nie wiesz o tym? Teraz ją zastąpi ta francuzka z tego talk-show o cudzoziemcach.
No.
W każdym razie ten krytyk literacki, to znaczy nie literacki, kulinarny. Więc on postawił mi trzy tekile, a gdy zapytałem go, z jakiej to okazji, powiedział tylko: "bądź ładny do końca życia". To pierwszy bezinteresowny komplement, który usłyszałem od czasu feralnego przeszczepu. Tak, nie zawsze tak wyglądałem jak teraz, wcześniej nikogo nie dziwiło moje skandynawskie pochodzenie, wręcz przeciwnie, był pasującym wyjaśnieniem dziwacznego, jak na polskie realia imienia i wyjątkowej, nordyckiej urody, bo musisz wiedzieć, że naturalnie jest blondynem, czego teraz niestety nie widać. I mieszkałem wtedy w Legionowie, mieście, które stało się legendą.
No niestety! Dziwny był to kontrast, muzyka, której słuchałem przed wejściem do klubu a po nim. Ale znasz moją sympatię dla kontrastów. Moje życie, mój wygląd to kontrast. A tej przeróbki piosenki Red Hotów akurat nie lubię. Nie tworzy kontrastu.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz