środa, 30 lipca 2008

#12 stwierdzenie

Zac i Vanessa nie będą całe życie młodzi.

wtorek, 29 lipca 2008

#11

Gdy ostatnio siedziałem z Nalazkiem przy kawie, coś mi się przypomniało.

Nalazek jest piękną dziewczyną, zawsze czuję się przy niej jak kupa, gdyż ona jest bardzo elegancka, często wygląda na niewyspaną, a mi wory pod oczami, przyczernione przez zmęczenie obwódki oczu i sine usta bardzo mi się podobają. Nalazek powiedział, że w życiu nie chciałaby być z taką jak ona osobą.
Przypomniało mi się wtedy, że jakiś czas temu, nie pamiętam konkretnej daty, naukowcy odkryli istnienie bliźniaczego układu planet, czy jak to się fachowo nazywa, bliźniaczego do naszego. stwierdziłem, że to fenomenalna sprawa.
Wyobraziłem sobie, że gdy ludzkość i nauki ścisłe będą do tego stopnia rozwinięte i zaawansowane, wyślą do tej bliźniaczej, hm, galaktyki rakietę, by zobaczyć co i jak. na pokładzie znajdzie się Amerykanin, Rosjanka i parę innych osób. pożegnają się oni ze swoimi bliskimi i wyruszą odkrywać niezbadane przez człowieka zakątki wszechświata. w połowie odległości, mniej więcej miesiąc po wystartowaniu (bez przesady z tym rozwojem, to nie jest żadne last minute) miną się wśród gwiazd z identyczną rakietą, a gdy dotrą do bliźniaczej ziemi (po kolejnym miesiącu), zostaną powitani przez swoje rodziny, w tym męża i dzieci Rosjanki oraz narzeczoną Amerykanina, bądź też na odwrót, nie dajmy się zwieść stereotypom, w sensie, że mam na myśli żonę i dzieci Amerykanina i narzeczonego Rosjanki, choć nie wykluczam na przykład narzeczonego Amerykanina i żony Rosjanki, nie wiadomo to w każdym razie, do czego doprowadzi rozwój cywilizacji, jeśli w ogóle i do tego czasu cywilizacja będzie istnieć, albo Stany Zjednoczone upadną, gdyż dolar straci wartość. Kto wie.
W każdym razie wiesz, co mam na myśli. Nie będą może rozumieć, czemu lecąc przed siebie wrócili do domu, być może wtedy uznane zostanie, że wszechświat nie jest nieskończony i można go przelecieć, hm, wokoło. Przelecieć to może z mojej strony niefortunne sformułowanie.
Będą żyć z alter ego swoich rodzin (czyli alter ego narzeczonego bądź narzeczonej Rosjanki lub Rosjanina i tak dalej, sam już się w tym trochę pogubiłem, ale to nie jest takie ważne), podczas gdy ich alter ega będą żyć z ich rodzinami, czyli alter egami rodzin astronautów, których są alter egami.

A bliźniacze planety zostaną oficjalnie uznane za ukryte, ich istnienie zostanie podważone, wszyscy o nich zapomną, mimo że będą je nawzajem odkrywać, stawiając pierwsze kroki na Wenus, z której ponoć pochodzą kobiety. Feministki będą zadowolone, gdyż już teraz sondy lądują na Marsie.

Potem poszliśmy z Nalazkiem na pocztę odebrać jej okulary w stylu vintage.

wtorek, 22 lipca 2008

#9

O, widzę, że to bardzo fajne miejsce. Tak, podoba mi się, zwłaszcza, że puszczają Amkę Winniczankę. To moja ulubiona wokalistka. Uważam, że to osoba, której warto słuchać i na którą warto patrzeć. Fakt, większość ludzi uważa, że jest obleśna, ale mi się bardzo podoba, jak wygląda, mimo jej liszaju.
Moim zdaniem, te pogłoski są mocno przesadzone i że jednakowoż pożyje dłużej niż trzy miesiące, chyba że znów się zaćpa na umór. A skąd wiesz?

A. Z mopsika.

Nie znoszę tego portalu. Ogólnie moda na plotki z internetu mnie przeraża. Począwszy od robienia zdjęć gwiazdom w centrum handlowym, bo a nuż siedzą z kimś na kawie, co gorsza z osobą przeciwnej płci. To bardzo niebezpieczne. Tak samo przeraża mnie, gdy bez przerwy używają wobec Amki sformułowania "śmiertelnie chora Amka Winniczanka".
Żal mi osób, które doszły do czegoś w życiu i są co gorsza popularne. Przez to są napiętnowane za dosłownie wszystko. Nieszczęsna Kasia Jędrzejewicz też. Fakt, jest paskudna i nieporadna, jej piosenki o letnich chłopakach są szczytem prostoty i grafomanii, ale czy przez to nie pasuje do polskich realiów? Po co mam wiedzieć, że Ścichapęk z mężem wzięli kredyt na mieszkanie, a ta aktorka z reklamy samochodu URODZIŁA? Ale i tak wszyscy mówią potem: "czytałem na mopsie".
Bardzo mi się to nie podoba.
Do tego stopnia, że postanowiłem walczyć z mopsikiem.
Zacznę od założenia antymopsikowego grona tematycznego na wspolnota.net, gdzie zdobędę w ciągu paru tygodni, może miesięcy wierną gromadkę zwolenników mojej idei i może przez to uda się trafić do ludzi z mediów. Na mopsiku pojawią się wtedy zapewne pałające zemstą paszkwile na mój temat, zostaną wyciągnięte najgorsze brudy, wyszydzony zostanie mój dziwny wygląd, przekręcone moje niespotykane imię.
Ale niech tam ich dunder świśnie, jak to mawiała Dorcia. Trudno.

Tę piosenkę lubię chyba najbardziej, ma bardzo smutny teledysk, czarno-biały, który kończy się napisem "ś.p. serce Amki Winniczanki". To samo stało się chyba z moim sercem.

#8

No to ja Ci powiem, że mam całą masę niespełnionych marzeń. Pomijając na przykład to, że chciałbym być fryzjerem. Albo szefem kuchni, przygotowywać sosy i mdleć, gdy opadnie mi suflet. Tak, bardzo lubię gotować i to nie jest żart. Kiedyś też sam wycieniowałem sobie włosy, gdy przed przeszczepem dałem fryzjerowi ponieść się fantazji i z jednej strony głowy miałem mniej więcej taki schodek. Wyglądałem jak Piast i musiałem coś z tym zrobić. Przyznam nieskromnie, że udało mi się to.
Ale to nie są moje największe marzenia. Chciałbym też mieć ogromną czarną panterę. Chciałbym tworzyć z nią rodzaj psychofizycznej więzi, tak, że nasze mózgi pracowałyby w ten sam sposób, rozumiesz, co mam na myśli? W sensie, że nie musiałbym kiwnąć palcem, by zakomunikować jej: masz już sarenkę w miseczce. Czy coś innego zakomunikować, może rzeczywiście przykład z sarenką był nazbyt drastyczny. Nie ważne.
Ta czarna pantera budziłaby lęk i respekt we wszystkich, których mijałbym na ulicy, gdziekolwiek, gdyż nie rozstawalibyśmy się. Poza tym pasowałaby mi do stroju, bo widać chyba po mnie, że szczególnie lubię ubierać się na czarno. Nikt nie będzie chciał siadać koło mnie w autobusie. A ja sobie będę tak z nią chodził, ubrany w czarny, jesienny płaszcz, zaś moja parasolka to będzie taka przyczajona szpada.
Dziwne, nie?
Ale to marzenia, z marzeniami się nie dyskutuje.
Innym moim marzeniem jest mieć przepiękny głos, będący czymś między Amką Winniczanką, Brianem Molko a Freddie'm Mercurym. Wtedy wyjadę do naszych zachodnich przyjaciół i sąsiadów, założę zespół (widzę Mrusię na trąbce), sam będę grał na pianinie. Niestety, bardzo chciałbym wykonywać nowe wersje znanych przebojów. Dlatego myślę o tym, że marzenie to byłoby idealne, gdyby MIA, Madonna i Tori Amos nigdy nie istniały. Pierwszym przebojem byłby utwór o cudzoziemcu-imigrancie (Imigrantenlied), dzięki któremu zdobędę obywatelstwo. Gdyby nie to, że obiecałem Mrusi, że jej się oświadczę, ożeniłbym się z jakąś niemiecką fanką, a byłoby to chyba szybsze rozwiązanie, poza tym nie napisanoby o tym na mopsiku.
Innym przebojem byłyby przeróbki wyżej wspomnianych osób (a gdyby one nie istniały, to nie byłyby to nawet przeróbki) i utworu "please don't make me be missunderstood", kojarzysz? Mam nawet pomysł na teledysk (a właściwie to mam ich nawet więcej niż jeden). Wcielę się w postać graną w moim ulubionym filmie przez Umę Thurman i odegram słynną scenę walki z Oren-Ishii na miecze samurajskie, przetykaną innymi scenami. Teledysk będzie trwał jakieś dziesięć minut, ale myślę, że i tak będzie puszczany przez mtv. Chyba, że zabraknie tam miejsca na muzykę i będą same programy randkowe, które nawiasem mówiąc bardzo lubię i wcale się tego nie wstydzę. Szczególnie lubię "Date my mom", ale "Dismissed" uważam za nudnawy.
Jeden album poświęcę pamięci Amki Winniczanki, ale nie dlatego, że nie będzie już żyła, gdy się rozkręcę z zespołem i chórkiem w show-biznesie, choć to jest na swój sposób prawdopodobne, tylko dlatego, że na stówę nie będzie ona już tworzyć nowych piosenek. Ostatnio miała zaśpiewać piosenkę do nowego filmu o Jamesie Bondzie, ale nie dała rady, gdyż organizm ma zniszczony przez narkotyki. Wybrałem już nawet piosenki, które się w tym memoriale znajdą i które go będą promować. Zaplanowałem też wielki koncert w Berlinie. Kwestią, która pozostaje nierozwiązana do tej pory jest to, czy sama pojawi się na scenie (wątpliwe w każdym razie), czy trzeba będzie użyć efektów specjalnych. To będzie drogi koncert, ale mój zespół będzie bardzo popularny i będziemy mieli najlepszych managerów.
Nagram też parę piosenek po polsku, na przykład "Zazdrość" zespołu Hey, gdyż bardzo mi się spodobał ten utwór w wersji koncertowej bez prądu. Na tym się moje plany kończą. Do tej piosenki mam również zaplanowany teledysk, bardzo ładny, ale Ci nie opowiem, bo widzę, że się nudzisz.

poniedziałek, 21 lipca 2008

#7

Przeczytałem w internecie ostatnio coś niewyobrażalnie koszmarnego. Serwis prasowy w Wielkiej Brytanii opublikował na swojej stronie internetowej wiadomość o tym, że czterolatek zmarł w samochodzie w dniu ślubu swojej matki. Kobieta pozostawiła syna przez przypadek w samochodzie, w którym przy trzydziestostopniowych upałach panowała temperatura sięgająca sześćdziesięciu stopni Celsjusza. Chłopiec miał spędzić w rozgrzanym samochodzie trzy godziny, bo tyle czasu zajęło matce robienie sobie pazurków w salonie piękności. Kobieta myślała, że synek został u krewnych.
Co gorsza, to już osiemnasty przypadek podobnej śmierci dziecka w Wielkiej Brytanii. Kto by pomyślał, że panują tam takie upały. Ale teraz świat jest skonstruowany inaczej, wszystko się zmieniło. Ci najgorliwsi oczekują apokalipsy.
Trudno im się dziwić, wystarczy przypomnieć historię Legionowa i osiemdziesięciolatki, która zdecydowała się wystąpić w kalendarzu z rozbieranymi zdjęciami. Fotografie bardzo jej się podobały i sama stwierdziła, że to była fantastyczna zabawa. Wcale nie żartuję. Przypomina mi się także inna historia.
Ogólnie, mam wrażenie, że mógłbym, tak jak Andrea Blizna prowadzić alternatywny dziennik telewizyjny, "Okropności Dnia". Historie, którą opowiedziałem, i którą za chwilę ci opowiem, nadawałyby się do tego programu. Ludzie uwielbiają takie rzeczy, zawsze zastanawiała mnie też fascynacja mieszana z obrzydzeniem przy oglądaniu genetycznie zdeformowanych ludzi. Ja zaś szczególnie lubię poezję turpistyczną, gdyż jak mówił poeta, brzydota jest bliżej krwiobiegu. Myślę, że Friducza, meksykańska malarka zgodziłaby się z tą tezą.
Swoją drogą, pracuję teraz na ochocie w tym biurze i często przechodzę tunelem podziemnym, w którym kiedyś miał się mieścić nazistowski obóz koncentracyjny dla Polaków, "KL Warschau". gdy tamtędy przechodzę i palę papierosa, krzyże wymalowane na ścianach i świadomość wielu ofiar w połączeniu z tytoniem sprawia, że robi mi się niedobrze.
Ale nie o tym chciałem mówić.
Przypomniał mi się też film z lat osiemdziesiątych, hiszpańskiego reżysera, którego nazwiska nie pamiętam. Jedna ze scen poświęcona jest motocykliście, który przejechał na motocyklu martwy dziewięćdziesiąt kilometrów autostrady. W śmieszny sposób wypowiedziałem słowo "dziewięćdziesiąt", ale to dlatego, że często śmieję się ze sprzedawczyni w sklepie, który długo istniał kilkanaście metrów od mojego bloku w Legionowie. Został w pewnym momencie zamknięty, na jego miejscu miał powstać nowy blok, ale nie doszło to do skutku, wiadomo, z powodu tej smutnej katastrofy.
Ta pani w komiczny sposób zawsze komentowała to, co znalazła w koszyku klienta. Nie robiła tego tak jak myślisz, nie nie, nie było to złośliwe. Mówiła: "Co my tu mamy, tutaj taka jogobelka, złoty dwadziŚĆcia, chlebek, złoty dziewięĆ-DZIEsiąt, masełko, trzy dwadzieŚĆcia, czekoladka, batonik, pomidorki, już ważymy...". Mój brat dodawał wtedy: "prezerwatywki, mhm, ... , wódeczka, proszę bardzo...".
Ale o czym to ja mówiłem? Nie ważne. Chodźmy na spacer. Ładna pogoda, Bałtyk zimny.

#6

Przypomniała mi się bardzo romantyczna historia. Gdy Legionowo przeżywało swój złoty wiek, a Olivier i Brajan byli bardzo mali, lub nie było ich nawet na świecie, uczęszczałem na lekcje angielskiego do narzeczonej syna mojej wychowawczyni i nauczycielki geografii w gimnazjum. Była ona absolwentką stomatologii, językiem angielskim władała jednak biegle i miała całą radosną grupkę uczniów, do której też należałem. Jednym z jej uczniów był kiedyś syn mojej nauczycielki. Tej od geografii. Spotykali się co tydzień i niebawem między jednym wałkowaniem czasowników nieregularnych a drugim narodziła się w nich wielka, namiętna miłość. wtedy to tryby warunkowe zaczęli nie wałkować, lecz zcałowywać sobie z ust do ust, tak jak Cezary Baryka ze swoim ojcem tabliczkę mnożenia. Po kilku latach zamieszkali razem, parę bloków dalej (osiedle, nim doszło do tragedii tętniło zielenią i sympatycznymi, choć wścibskimi sąsiadami). Urodziły im się dzieci, a ja poszedłem do liceum, co przyczyniło się do zarzucenia lekcji angielskiego, gdyż skoncentrowałem się na nauce polskiego, niemieckiego, włoskiego i łaciny. Miałem też zajęcia z filozofii, więc moje humanistyczne wykształcenie było pełne. Panią Kasię (bo o niej jest moja historia) zamieniłem na szaloną łacinniczkę, wielbicielkę sentencji i nazywania całego świata dziewczynkami, germanistę słynnego z poczucia humoru sięgającego dziesięć centymetrów poniżej pasa, przedwojennie wychowaną polonistkę, zwolenniczkę kindersztuby, z lubością cytującą Tuwima w sposób podobny do: KURWA MAĆ KURWA MAĆ KURWA MAĆ (przeinaczyła treść wiersza, na co delikatnie zwróciliśmy jej uwagę) oraz pocieszną lektorkę-włoszkę, która nie znała słowa ściągać i mówiła ze swoim ojczystym akcentem: "Testy są takie same. Proszę nie patrzeć BLISKO!". Wspomnienie Pani Kasi pozostało jednak w mojej świadomości i utwierdziło mnie w przekonaniu, że istnieje miłość platoniczna. Wielokrotnie się na tym przekonaniu przejechałem, z resztą opowiadałem ci kiedyś o tym, ale Pani Kasia urodziła ostatnio drugie dziecko i ani myśli o rozwodzie, tak więc działajmy!

#5

Wracając do naszej rozmowy sprzed kilku miesięcy, zaraz naprowadzę Cię, którą mam na myśli, Mrusia powiedziała kiedyś: Każdy może kochać. Przypisała mi także autorstwo wiersza pod tytułem "Miłość". Pozwolisz, że zacytuję:

Miłość.
ość.
ść.
ćsii...

#4

W każdym razie są wakacje, więc odpoczywam, potrzebuję dużo energii, żeby od października znów stać przy sali 054 w zacnym gmachu warszawskiej germanistyki. Tak tak, ale może o tym kiedy indziej, bo czytałem w zeszłotygodniowej publikacji (teraz pracując w biurze mam na to masę czasu między jednym telefonem do niemiec a drugim), że stres mija dopiero po tygodniu urlopu. Biorąc pod uwagę stres związany z moim germanistycznym zajęciem, daję sobie więcej czasu, bo od sesji nie minął nawet miesiąc. Właściwie co to za urlop, skoro już pracuję w drugim miejscu i czuję się jak ta laska przy ksero w pewnym teledysku i śpiewam "I can't wait for the weekend to begin". Taki los osoby w moim położeniu fizyczno-mentalnym niestety.
Tak czy owak staram się dobrze odpocząć, więc bywam na imprezach, takich jak ostatnio. Jak zmierzałem tam, słuchałem wyśmienitego utworu pewnego holenderskiego kompozytora, odkrytego 200 lat temu i wystawianego bardzo często, od lat osiemdziesiątych ubiegłego roku także w Polsce. Mniej więcej w tym samym czasie w krakowskiej filharmonii zmarła młoda śpiewaczka, akurat gdy wykonywała arię jego autorstwa. Bardzo smutna historia, wyobraź sobie, umrzeć na scenie. Ktoś bez serca, lecz wrażliwy na piękną muzykę mógłby powiedzieć: piękna śmierć.
Gdy odsłuchałem już ten trzydziestominutowy popis holenderskiej wirtuozerii, wszedłem do zadymionego pomieszczenia, zostawiłem telefon i inne wartościowe rzeczy w szatni, po czym zalałem, krótko rzecz ujmując, pałę.
Byłem wcześniej u Mrusi, która pracuje jako bileter w kinie słynnym z puszczania niskobudżetowych, za to ambitnych filmów. Namówiła mnie ona na obejrzenie bardzo wstrząsającego filmu dokumentalnego o wylewającej rzece w chinach, która zatopiła chatkę (słowo Ci daję, chatkę) rodziców dziewczyny, która pracując na statku, który pływa po wodzie, która zatapia jej dom, który jest naprawdę CHATKĄ, powoli staje się wielką damą, kupuje nowe ubrania, nakłada staranny makijaż i stopniowo dystansuje się od jej ubogich i prostolinijnych rodziców, którzy muszą teraz płacić za warzywa, które sami hodowali przy swojej chatce, którą zatapia rzeka, po której płynie statek, w którym pracuje ich córka. Naprawdę wstrząsające. Jednak humor poprawił mi nie tylko alkohol.
O, lubię ten utwór, kojarzy mi się z wymianą polsko-niemiecką, gdy to pewnego razu na kręglach rozmawiałem z naszymi niemieckimi partnerami, a na ekranie leciał jej teledysk przeplatany fragmentami filmu, który promowany był przez tę piosenkę. Był to film animowany. Taki o rybach, nie pierwszy z resztą o takiej tematyce.
Ale coś czuję, że odbiegłem od tematu, tak, że nie mogę go sobie przypomnieć. właśnie, dobrze mówisz. mówiłem o poprawie na stroju, a mam na myśli fakt, że nie był to tylko alkohol, ale wyznanie. Na imprezie był znany czytelnikom darmowej prasy o najnowszych eventach czy programu śniadaniowego, którego już nie prowadzi Kinga Rusin. No tak, nie wiesz o tym? Teraz ją zastąpi ta francuzka z tego talk-show o cudzoziemcach.
No.
W każdym razie ten krytyk literacki, to znaczy nie literacki, kulinarny. Więc on postawił mi trzy tekile, a gdy zapytałem go, z jakiej to okazji, powiedział tylko: "bądź ładny do końca życia". To pierwszy bezinteresowny komplement, który usłyszałem od czasu feralnego przeszczepu. Tak, nie zawsze tak wyglądałem jak teraz, wcześniej nikogo nie dziwiło moje skandynawskie pochodzenie, wręcz przeciwnie, był pasującym wyjaśnieniem dziwacznego, jak na polskie realia imienia i wyjątkowej, nordyckiej urody, bo musisz wiedzieć, że naturalnie jest blondynem, czego teraz niestety nie widać. I mieszkałem wtedy w Legionowie, mieście, które stało się legendą.
No niestety! Dziwny był to kontrast, muzyka, której słuchałem przed wejściem do klubu a po nim. Ale znasz moją sympatię dla kontrastów. Moje życie, mój wygląd to kontrast. A tej przeróbki piosenki Red Hotów akurat nie lubię. Nie tworzy kontrastu.