środa, 13 lutego 2008
#2 back to basic
Moje korzenie sięgają wgłąb Islandii, gdzie moj pradziadek Admar założył pierwszą komunę i przez jakiś czas był jedynym pedałem w wiosce. W ten sposób poznał moją prababcię. Było to pod koniec dziewiętnastego wieku, w czasie, gdy islandia osiagnęła pełną autonomię. Choć do niepodległości musieli jeszcze moi pradziadkowie czekać ponad trzydzieści lat, Admar postanowił ujawnić swoje ciągoty. W tym samym roku urodził się Hugo von Hofmannsthal a nad Islandią panował w swych duńskich włościach król Chrystian IX. Niestety, jako że mój pradziadek był jedynym homoseksualistą we wsi, nie znalazł tam zrozumienia, także wtedy, gdy on, niezwykłej urody młodzieniec, ożenił się z najbrzydszą we wsi Yrsą, moją prababcią. To właśnie z nią założył komunę, by w pewnym choć stopniu dać upust swej niepohamowanej chuci. Było to też ich późniejszym powodem emigracji do Polski, gdzie urodziła się ich pierwsza córka Lara, a potem to już jakoś szło.
Oczywiście wszyscy potomkowie babci Lary otrzymali na chrzcie normalne, katolickie lub żydowskie imiona. Była więc Hanna, Jolanta, Mirosław, Waldemar, Józef, Bogusław, Marta, Mariusz, Grzegorz, Piotr, Karol, Ewa, Magdalena i tak dalej. Na pewno nie było Anny.
Moi rodzice jednak, córka Lary i jej o dwadzieścia lat starszego męża, uczestnika drugiej wojny światowej, wieloletniego robotnika przymusowego Trzeciej Rzeszy, Jana, ona właśnie stwierdziła, że da mi imię po naszym słynnym, bohaterskim pradziadku. Nazwała mnie Admund.
Nietypowe imię odziedziczyłem więc po nim i do dziś dzień wszyscy uważają mnie za bohatera "Opowieści z Narni", a ja jestem na ogół zbyt pijany, by dementować. Nie oznacza to jednak, że jestem alkoholikiem, przeciwnie wręcz mimo temu, co mówi się o mnie na mieście, nie biorę narkotyków a ADHD u mnie nie stwierdzono. Nadmienić warto jednak, że badania te, tak jak te na obecność wirusa hiv, wykonane zostały jeszcze przed wykonaniem nieszczęsnej transplantacji... W każdym razie teraz, w pierwszej połowie dwudziestego wieku nikogo nie dziwią nietypowe imiona. Po tylu nieszczęściach wiele osób potraciło zmysły, nie każdy jednak zdaje sobie sprawę z tego, że mam niewiele ponad dwadzieścia lat, podczas gdy do tych potwornych zmian doszło mniej niż dwa lata temu.
Gdy się zaś przedstawiam na imprezach, nikt na ogół nie słyszy pełnego brzmienia mojego imienia, więc pozostaję już na długo w ich świadomości Edmundem. Co zaś tyczy się "Opowieści z Narni", niektórzy wolą książkę, a niektórzy film.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
5 komentarzy:
o kurde. miszczunio.
chciałem jakoś skomentować ale obecność znajomych mnie rozprasza ;P
ej ja zawsze wiedziałam ze w Tobie jest coś podejrzanego! ta opowieść doprawdy wiele wyjaśnia :]
cóż. narkotyki nie, ale cynamonowe mentosy...?
nie lubię cynamonowych gum! :P
Prześlij komentarz